Rok miniony dawno za nami. Większość zdążyła wytrzeźwieć, a nieliczne przypadki, które nadal pozostały w stanie sylwestrowego upojenia widać w różnych komisjach, które niczym najlepsze seriale przyciągają widzów. Kto z nas nie lubi popatrzeć na większą marność niż on sam? Kopanie polityków jest jednak na tyle popularne, że zostawię je lepszym i tym, którzy zarabiają na wspomnianym kopaniu.
Coroczną grudniowo-styczniową tradycją, którą obserwuję we wszelkich papierowych, internetowych i telewizyjnych programach jest za to, robienie podsumowań. Pozwolę sobie na własne podsumowanie i napiszę kilka zdań o płycie roku 2009. Ograniczę się do jednej płyty z bardzo prozaicznego powodu. Jestem zbyt leniwy aby podsumować dziesięć.
Kto więc jest tym szczęśliwym artystą, który z taką mocą zaatakował mój wrażliwy słuch, zmysł estetyczny oraz kompletnie niedefiniowalny dobry gust? Jednym ze sprawców jest Jack White. Człowiek odpowiedzialny za ogromny (za oceanem gwiazda pierwszej wielkości) sukces The White Stripes.

Odpowiedzialny jest również z grupą kolegów, za równie duży sukces The Raconteurs (których moglismy obejrzeć w 2008 roku na festiwalu Heineken Open’er Festival w Gdyni). W tym momencie można pomyśleć, że granie w dwóch popularnych zespołach, do tego wystepy w filmach ( m.in. u Jima Jarmusha w “Kawa i papierosy” i wchodzącym właśnie do kin “Będzie głośno” Davis’a Guggenheim’a) powinny zaspokoić jego ambicje. Nic bardziej mylnego. Jack White jest bowiem najwyraźniej obdarzony jakąś niewyczerpaną energią lub cierpi na nieuleczalne ADHD. The White Stripes mają tymczasowo urlop, The Rancounters skończyli trasę… tym sposobem powstali bohaterowie tego tekstu, czyli The Dead Weather.
O The Dead Weather z całą pewnością da się powiedzieć supergrupa. Na szczęście nie wpadli jednak w pułapkę w jaką wpadło wiele takich “super” projektów. Zespół nie nagrywał płyty latami, nie silił się na wirtuozerskie popisy i epatowanie nas gwiazdorskim ego. Cztery osoby weszły do studia w styczniu 2009 roku i w ciągu dwóch i pół tygodnia wymyślili, zagrali i stworzyli teksty na całą płytę. Inicjatora przedsięwzięcia już poznaliśmy. Kim jest pozostała trójka?
Alison Mosshart – za wodą również gwiazda. Wokalistka, gitarzystka i perkusistka znana z The Kills. Dean Fertita znany fanom ostrego rocka i stoner rocka z grupy Queens of the Stone Age oraz Jack Lawrence z The Raconteurs i The Greenhornes.
Debiutancki album ukazał się 14 lipca. Co takiego zawiera, że postawiłem go w ubiegłym roku na podium i żadna inna płyta, a było ich kilka tuzinów, nie zdołała go przeskoczyć? Przede wszystkim zawiera muzykę uczciwą w której najważniejsze są emocje. Nic nie jest przeprodukowane, wypieszczone i łagodzone pod zasady obowiązujące w tym biznesie. Proste, jazgotliwe kompozycje, którym najbliżej do szorstkości garażowego rocka w rodzaju The Stooges, MC5 czy nawet Television, polane mocno blues’owym sosem, doprawione upaloną psychodelicznością The Velvet Underground. Energii The Dead Weather mają tyle, że spokojnie mogą nią obdzielić wszystkie okrzykiwane nowymi gwiazdami gitarowe grupy, a jeszcze wystarczy jej na nagranie drugiej płyty, która zmiecie konkurencję do kosza. Czego im i sobie życzę.

Lista utworów :
“60 Feet Tall” (Fertita/Mosshart) – 5:33
“Hang You from the Heavens” (Fertita/Mosshart) – 3:39
“I Cut Like a Buffalo” (White) – 3:28
“So Far from Your Weapon” (Mosshart) – 3:40
“Treat Me Like Your Mother” (Fertita/Lawrence/Mosshart/White) – 4:10
“Rocking Horse” (Mosshart/White) – 2:59
“New Pony” (Bob Dylan) – 3:58
“Bone House” (Fertita/Lawrence/Mosshart/White) – 3:27
“3 Birds” (Fertita/Lawrence/Mosshart/White) – 3:45
“No Hassle Night” (Mosshart/White) – 2:56
“Will There Be Enough Water?” (Fertita/White) – 6:20